niedziela, 26 lutego 2012
Galeria Nauki

Witajcie!

Jeśli przypadkiem znajdziecie się w Dublinie, w okolicy Trinity College lub Pearse Station (która swoją stroną wygląda odrobinę jak stacja kolejowa z opowieści o Harrym Potterze) postarajcie się znaleźć odrobinę czasu na wizytę w Galerii Nauki.


Wyświetl większą mapę

Science Gallery to niezwykłe miejsce w którym będziecie mieli okazje zobaczyć praktyczne i naukowe podejście do otaczającego nas świata. Eksperymenty naukowe, nowinki techniczne, projekty autorskie. A co najważniejsze regularnie zmieniające się wystawy, zachęcają aby do Galerii przyjść nie tylko jeden raz...

W czasie naszej wizyty w Galerii odbywała się akurat wystawa poświęcona wodzie. Powierzchnię budynku wypełniały eksponaty od czysto nudnych (graficzne przedstawienia jakości dostępnej wody lub zapotrzebowania n wodę na świecie) po takie ekstremalnie ciekawe - model powierzchni oceanicznej pokazujący w czasie rzeczywistym aktualne zachowanie części Oceanu Spokojnego, co prawda pracownicy Galerii nie potrafili wyjaśnić nam jaka to cześć ponieważ jakiś czas temu silny sztorm przemieścił przekaźniki, które obecnie dryfują sobie gdzieś na bliżej nieznanych wodach...

Jednym z ciekawszych działów w Science Gallery jest dział eksperymentów oraz nowinek technicznych. Dowiedziałam się na przykład o istnieniu ciekawej ładowarki zasilanej wodą. Co prawda nigdy nie potrzebowałam tak ekstremalnych rozwiązań - ale kto wie co nas czeka za kilka lat...

 

Aktualnie (10.02-05.04) w Science Gallery można zapoznawać się z tematyką jedzenia oraz smaku. Tego wydarzenia na pewno nie opuszczę!

Zainteresowanych zapraszamy na stronę Galerii - o tutaj.

Do napisania!

Tagi: Dublin
22:07, od-kuchni , Dublin
Link Komentarze (5) »
czwartek, 23 lutego 2012
Półwysep Hook

Witajcie!

Jakiś czas temu wybraliśmy się na południe Irlandii, jednym z celów podróży był malowniczy półwysep Hook. Nie wystraszyły nas wiejące zimowe wiatry, Zielona Wyspa jest przecież piękna o każdej porze roku.

Wyświetl większą mapę

Położony około 50 kilometrów na południe od Wexford przylądek Hook Head przyciąga turystów nie tylko pięknymi widokami. To właśnie na jego końcu jest położona najstarsza w Irlandii i jedna z najstarszych na świecie wciąż działająca latarnia morska. Miejsce na budowę latarni nie zostało wybrane wcale przypadkowo. Począwszy od Świętego Dubhana, który już w 5 wieku zaczął w tym miejscu palić ognień aby ułatwić marynarzom żeglowanie, poprzez mnichów latami kontynuujących jego dzieło, aż do Normanów, którzy na początku XII wieku zdecydowali się wybudować w tym miejscu latarnię.

Stara latarnia otoczona szalejącym Morzem Irlandzkim zapewni chwile rozrywki nie tylko miłośnikom starych budynków. Okolice Półwyspu Hook są bowiem siedliskiem wielu zwierząt. Jeśli macie szczęście możecie trawić na przepływającą tamtędy wesołą gromadę delfinów lub wieloryba.

Pełna skał i podwodnych jaskiń okolica Hook Head jest niezwykle malownicza. Czasem wzburzone morze potrafi ukazać tu swoją prawdziwą naturę. Podczas naszej wizyty na przylądku Hook Head można było zaobserwować morską pianę tak zbitą i sztywną, że przy silniejszych podmuchach wiatru unosiła się znad skał i fruwała w powietrzu.

Jeśli już zdecydujecie się na odwiedzenie półwyspu, warto przejechać się także widokową trasą prowadzącą dokoła całego półwyspu. Pełna jest uroczych widoków, niedostępnych plaż, starych zamków i zieleni. Chociaż to ostatnie w Irlandii, możecie spotkać akurat wszędzie!

Pozdrawiamy!
Ogr i Osiołek

Tagi: Podóże
16:48, od-kuchni , Podróże
Link Komentarze (5) »
czwartek, 08 grudnia 2011
Film z Irlandią w tle: Ondine, Irlandia/USA 2009

Witajcie!

Dawno nic nie pojawiało się dziale "Film z Irlandią w tle", dlatego też serdecznie zapraszam Was na Ondine.

Źródło: http://1.fwcdn.pl/po/40/33/484033/7321843.3.jpg?l=1269290165000

Czy zastanawialiście się kiedyś co byście zrobili gdyby w Wasze sieci rybackie, na środku morza zaplątała się młoda kobieta? Pewnie się nie zastanawialiście! Zresztą ja również nie miałam nigdy takiej potrzeby - jakoś z rybołówstwem jest nam nie po drodze. Przed takim dylematem stanął jednak filmowy Syracuse (w tej roli Colin Farrell), któremu podczas jednego z połowów zaplątała się w sieci piękna Ondine (Alicja Bachleda-Curuś). Przemarznięta i wystraszona dziewczyna znajduje nocleg w starym domu matki Syracuse'a, a on zafascynowany tajemniczą postacią opowiada swojej chorej córce bajkę o rybaku który znalazł w morzu Syrenę... Dziewczynka wyczuwa w opowiadaniu ojca ziarno prawdy i postanawia udowodnić, że Ondine jest prawdziwą Selkie - Foką, która zgubiła swoją skórę, aby móc na lądzie znaleźć prawdziwą miłość i szczęście.

Źródło: http://www.frendz4m.com/forum/mtn/1281357061-SVS_07-Ondine_2009_LiMiTED_DVDRip_XviD_avi_s.jpg

Ondine jest filmem, który stara się połączyć irlandzką mistykę i brutalną rzeczywistością. Biedne miasteczko, pełne smutnych historii - rozwód, choroba, alkoholizm i brak pracy w którym nagle pojawia się piękno, pod postacią tajemniczej dziewczyny. Realistyczny dubliński akcent Farrella i twarda angielszczyzna Bachledy dodatkowo podkreślają dwa światy jakie zderzają się na planie Ondine. Zamglone i zielone krajobrazy Irlandii możemy podziwiać w każdej scenie, są one zdecydowanie bardzo smutne, tajemnicze i dzikie. Czy mistyczne Selkie istnieją tylko w bajkach? Czy chora dziewczynka odnajdzie to czego szuka? Czy biedny rybak zasłużył na szczęście? Na te pytania odpowie Wam film, który polecam.

Film kręcono w następujących miejscach:

  • Półwysep Beara
  • Miasteczko Castletownbere
  • Port Berehaven
  • Port Pulleen
  • Wyspa Bere

Do napisania!

Tagi: film
21:47, od-kuchni , Film
Link Komentarze (4) »
sobota, 26 listopada 2011
Narodowe Muzeum Transportu

 

Witajcie!

Dziś po raz kolejny zabieramy Was na Howth gdzie mieści się Narodowe Muzeum Transportu. Niepozorny budynek położony wśród starych zamkowych ogrodów nie przyciąga tłumów. Jednak dziwię się dlaczego... Pomimo faktu iż eksponaty muzealne są ciasno upakowane i czasem aby dojść do wojskowego łazika z lat XX ubiegłego wieku należy przecisnąć się pomiędzy limuzyną z przełomu wieków oraz starym dublińskim tramwajem. Jednak muzeum zdecydowanie odwiedzić warto, szczególnie jeśli zbyt często narzekacie na swój niewygodny samochód...


Wyświetl większą mapę

Założone w 1949 roku, przez grupę pasjonatów pragnącą ocalić dublińskie tramwaje w przeciągu  niespełna 30 lat stało się jednym z muzeów narodowych. Obecnie w posiadaniu muzeum znajduje się około 170 pojazdów z lat 1883 - 1984. Około 60 z nich jest wystawione w hali muzealnej, reszta zabytków motoryzacji udostępniana jest jedynie na specjalne życzenie.

Cała kolekcja podzielona jest na pięć głównych kategorii : pojazdy pasażerskie, pojazdy ratunkowe, pojazdy wojskowe, pojazdy użyteczności publicznej, pojazdy komercyjne. Wszystkie z aut były używane wyłącznie na terenie Irlandii.

Jeśli wybierzecie się podziwiać kolekcje nie zapomnijcie zajrzeć do wnętrz kilku z eksponatów. Widoki zdecydowanie zagwarantują wam brak narzekania na niewygodny fotel Waszego auta, lub złej jakości plastiki. Przez ostatnie 60 lat wygoda kierowcy i pasażerów była traktowana jako zdecydowanie bardziej istotna rzecz niż na początku rozwoju motoryzacji.

Z drugiej strony pojazdy produkowane w tamtych czasach miały swoją klasę, charakter, duszę. Coś czego niestety nowym tworom popularnych koncernów często brakuje...

Pozdrawiamy!

czwartek, 10 listopada 2011
Przełęcz Sally Gap

Witajcie!

Nie umarliśmy, nie zmieniliśmy miejsca zamieszkania, nawet szczerze mówiąc niewiele się zmieniło... No może poza faktem iż ostatnio doskwiera boleśnie chroniczny brak czasu, co niestety bezpośrednio przekłada się na częstotliwość pisania - częstotliwość zwiedzania Zielonej Wyspy została na szczęście taka sama!

Sally Gap to jedna z bardziej znanych przełęczy w pięknych górach Wicklow. Wybieramy się na nią zawsze gdy tylko pogoda okazuje się na tyle brzydka, że ciężko zwiedzać coś innego niż mgliste i deszczowe - czyli urocze - góry zza szyby ciepłego auta. Bo kochani Sally Gap jest przełęczą, która właśnie zmotoryzowanych podróżników zainteresuje najbardziej.


Wyświetl większą mapę

Wywodząca swą nazwę od „Saddle Gap” co w wolnym tłumaczeniu oznacza "Przełęcz w Siodle" (Osiodłana Przełęcz ;) ) jest jednocześnie miejscem najwyżej położonego skrzyżowania dróg publicznych w Irlandii. Często spowita mgłą, smagana silnym wiatrem i deszczem nieustannie nas przyciąga i zachwyca bezdrzewnymi, wrzosowymi pagórkami Wicklow oraz hasającymi swobodnie owcami.

Wybierając się na Sally Gap najlepiej kierować się z Dublina w stronę M50, a następnie na N/M 11 i stamtąd odbić na prowadzącą do Glendalough drogę R755. Niedaleko przed dojechaniem do Roundwood odbić w drogę R759, która prowadzi na samą przełęcz. Po drodze na pewno spodobają się Wam zakręty na typowych irlandzkich drogach nad przepaścią. Nie zapomnijcie również zatrzymać się nad Jeziorem Guinnessa :). Sally Gap nietrudno przegapić...

Jeśli już zatrzymacie się aby podziwiać widoki na przełęczy uważajcie aby nie skrzywdzić żadnych elfów oraz wróżek, które podobno czasem zmieniają się we wszędobylskie owce. Z czasem jednak warto ruszyć w dalszą drogę - polecamy szczególnie tak zwaną Military Road, czyli drogę R115. Prowadząca z Rathfarnham, przez Sally Gap aż do Laragh droga budowana przez żołnierzy w roku 1800, jeszcze w czasach gdy Irlandią rządzili Anglicy, oprócz malowniczych widoków zapewnia nocą również niecodzienne doznania. Mianowicie podobno na drodze straszy... Relacje świadków mówią o tym iż czasem nocą można usłyszeć tu maszerujących żołnierzy...

 

Pozdrawiamy!

Tagi: podróże
21:56, od-kuchni , Podróże
Link Komentarze (4) »
niedziela, 16 października 2011
Animowana Historia Irlandii :)

A właściwie jej bardzo "realna" wersja opowiedziana okiem lokalnego miłośnika dublińskiego brązowego trunku z białą pianką :)

Miłego oglądania :)

Tagi: ogólnie
21:07, od-kuchni , Ogólnie
Link Komentarze (1) »
niedziela, 02 października 2011
Zamek Dromagh

Witajcie!

Częstym widokiem w Irlandii bywają zamki pozostawione same sobie, porzucone gdzieś w polu, zapomniane. Zamek Dromagh niczym by się w tym względzie nie wyróżniał, gdyby nie fakt iż dosłownie 150 metrów od ruin tego XVI wiecznego zamku znajduje się całkiem przytulny Bed&Breakfast prowadzony przez rodzinę która w okolicach roku 1950 kupiła ruiny razem z otaczającymi je terenami...


Wyświetl większą mapę

W zasadzie trafiliśmy tam przez przypadek... Byliśmy akurat w połowie drogi na mój ukochany półwysep Dingle, podążając za wyznaczonymi wcześniej na mapie punktami, gdy jeden z punktów okazał się być kawałkiem lasu... No przecież miał być tu zamek. Na szczęście spotkaliśmy na naszej drodze spacerującą mieszkankę z okolicy która poinformowała nas, że zamek oczywiście jest, a nawet są dwa... Na dwa niestety nie mieliśmy czasu, więc skończyło się na tym położonym bliżej. Gdy dojechaliśmy na miejsce, na początku byłam święcie przekonana, że snów zabłądziliśmy - zadbane podwórko po którym kręcił się mały piesek i jeżdżący swoim rowerkiem szkrab. Do tego dwóch panów siedzących na schodach. Zdecydowanie nie wyglądało mi to na okolice ruin... Na szczęście za chwilę zza krzaków wynurzyły się potężne kamienne wieże, które to po uprzedniej rozmowie z właścicielami obejrzeliśmy.

Zamek nawet teraz, niezadbany, pozbawiony całego swego uroku wygląda majestatycznie. Cztery okrągłe wieże połączone grubymi kamiennymi murami, zamykały przestronny dziedziniec. Dziś w starej warowni rodziny O'Keffees aktualni właściciele trzymają wszystko to co już nie jest im potrzebne, jednak przez pewien czas po zakupie posiadłości mieszkali w tych murach.

Z zamkiem, jak to z zamkami bywa wiąże się też pewna legenda. Wieść niesie, że rodzina O'Keffee w obawie o resztki swojego majątku, podczas oblężenia zamku przez wojska Cromwella wrzuciła pozostałą część swoich kosztowności do jednej ze studni na podwórzu. Jednak jak to z legendami bywa, ta również nigdy nie uzyskała potwierdzenia, a złota nigdy nie odnaleziono...

Pozdrawiamy!

wtorek, 20 września 2011
Przerywnik wakacyjny : Hiszpania

Witajcie!

Wyjazdu na Costa Brava nie mogłam doczekać się z kilku powodów. Po pierwsze lat w Irlandii w tym roku nie popisało się, a moje kości błagały o wygrzanie, po drugie wiedziałam że czai się tam mnóstwo inspiracji kulinarnych . No i wreszcie po trzecie jak można oprzeć się kilku dniom w ciepłym miejscu bez żadnych obowiązków? Tak więc nie można…

Mimo iż podróż rozpoczęła się męczącym oczekiwaniem na opóźniony samolot, temperatura jaką zastaliśmy w Hiszpanii znacząco poprawiła nam humory. Sporo po północy termometr wypożyczonego auta którym właśnie ruszaliśmy z parkingu niedaleko lotniska El Prat pokazywał 26 stopni. Do Lloret de Mar dojechaliśmy około godziny drugiej w nocy, jednak pomimo faktu iż był wrześniowy poniedziałek na ulicach miasteczka było gwarno i tłoczno. Lloret wręcz słynie z dyskotek oraz pubów. Jednak nie dla nich tu przyjechaliśmy. Miasteczko jest też doskonałą bazą wypadową nad ciepłe Morze Śródziemne, do okolicznych uroczych i o wiele spokojniejszych miasteczek, Barcelony czy też miejsc położonych bardziej w głębi lądu.

Pierwszego dnia odrobinę zmęczeni po mało przespanej nocy postawiliśmy na nie ruszanie się zbyt daleko od Lloret. Szybkie zakupy pozwoliły nam na lekką poprawę humoru. Przyzwyczajeni do Irlandzkich cen z radością zapłaciliśmy rachunek i mogliśmy już z czystym sumieniem iść na spacer. Plaże pełne turystów nie są moją ulubioną wizją spędzania wakacji, dlatego cieszę się iż do Lloret nie trafiliśmy w sezonie a we wrześniu. Poza liczbą osób chętnych na słoneczne promienie plaża miała kilka minusów – żwirek, który odbierał całą przyjemność ze spaceru oraz duży spad morza – wystarczyło kilka kroków i znikałeś pod wodą. Jednak nawet te rzeczy nie potrafiły zmazać uśmiechu z mojej twarzy wywołanego dostępem do słońca, palmami i pyszną Sangrią. Tej nocy Lloret również nie zasnęło, w przeciwieństwie do nas…

Poranek przyszedł do nas późno, była już prawie 11 gdy wsiadaliśmy do auta aby nareszcie odhaczyć kilka punktów na naszej liście. Jako pierwszy za cel naszej podróży obraliśmy Klasztor Montserrat. Już podjeżdżając pod „przepiłowaną górę” czyli Montserrat nie mogliśmy się na nią napatrzeć. Góra z daleka przypomina szare, nierówne skalne obeliski ustawione jeden obok drugiego. Jest wprost fascynująca. Nic dziwnego, że została uznana, za dzieło sił boskich i przeznaczona jako miejsce Świętne od niepamiętnych czasów. Podobno już w 50 roku Św. Piotr ustawił tu figurkę Matki Boskiej, którą szczęśliwie udało odnaleźć się około roku 880. Przekazy historyczne podają iż około roku 976 została tu zaczęta budowa klasztoru, który w 1409 roku był tak potężny iż uniezależnił się od Watykanu. Obecny klasztor jednak jest o wiele bardziej „nowoczesny” bo wybudowany 1874 roku po tym jak na początku XIX wieku poprzedni stojący tu budynek został zniszczony przez wojska Napoleona. Jeśli o mnie chodzi to w Montserrat najbardziej podobały mi się… widoki ze skał. Momentami prawie pionowe skały góry pozwalają na spojrzenie w przepaść, gdzie wije się rzeka.

Gdy już napatrzyliśmy się na widoki postanowiliśmy ruszyć dalej. Pora zobaczyć Hiszpańskie wulkany! Park Narodowy Garrotxa nie przypomina niczym krajobrazu widzianego do tej pory po drodze. Mieszczące się na 130 km2 około 40 wulkanicznych stożków aktualnie wyglądającymi na pokryte pięknie zielonym lasem wzgórza. Jednak nie zawsze tak było. To właśnie dzięki erupcjom wulkanicznym ziemia w tym miejscu jest tak żyzna. Co prawda ostatnia erupcja miała miejsce około 11 000 lat temu jednak nie znaczy to iż aktywność sejsmiczna w tym miejscu wygasła. Ostatnie trzęsienie ziemi miało miejsce w 1428 roku. W jego wyniku zostało zawalonych wiele budynków w okolicy a 20 osób w Barcelonie poniosło śmierć. Nam niestety nie udało się zobaczyć wulkanicznych stożków z góry ani pięknych wodospadów jakie występują w tej okolicy. Aby dokładnie zwiedzić Park Narodowy Garrotxa trzeba by poświęcić nie kilka godzin, a kilka dni których niestety nie mieliśmy. Udało nam się jednak zwiedzić cudowne miasteczko. Santa Pau to leżące w samym centrum wulkanicznego parku miasteczko z średniowiecznym duchem. Centrum miasteczka to budynki z XIV i XV wieku, łącznie ze zbudowanym na planie kwadratu zamkiem. Piękne widoki na okoliczne pola i wulkany roztaczają się z wielu miejsc na murach miasta. Małe jaszczurki biegające pod nogami tylko dodają uroku. Santa Pau gorąco polecam wszystkim szukającym odrobiny wytchnienia oraz inspiracji płynących wprost z minionych czasów. Z Santa Pau ruszyliśmy wprost do jeszcze bardziej średniowiecznej okolicy…

Besalu to miasteczko położone około 50 kilometrów od Lloret de Mar warto zobaczyć z kilku względów. Po pierwsze – nie ma w nim tłumów, a po drugie jego w dużej mierze niezniszczona średniowieczna zabudowa, włącznie z pochodzącym z XII wieku charakterystycznym mostem robi ogromne wrażenie. Klimat miasta sprawia, że czasem masz wrażenie iż za następnym zakrętem spotkasz posłańca pędzącego konno do zamku po którego dziedzińcu spacerują ubrane w obszerne suknie młode dwórki i dzielni rycerze. Jeśli jednak nie chcecie wyobrażać sobie takiego właśnie Besalu a zobaczyć jak wyglądało tu Zycie w średniowieczu na własne oczy musicie wybrać się do miasteczka w pierwszy weekend sierpnia – właśnie w tym terminie na ulicach Besalu odbywa się festiwal średniowiecza zapewniający rozrywkę wszystkim miłośnikom dawnych czasów. Dzień niestety nie może trwać wiecznie i musieliśmy Besalu opuścić, na szczęście już następnego dnia czekała na mnie upragniona Barcelona…

Do Barcelony najlepiej Lloret i okolicznych miasteczek najlepiej wybrać się pociągiem. Kursuje on co 20 minut z miasteczka Blanes i dojeżdża na sam Plac Kataloński oraz w kilka innych interesujących punktów od których możecie zacząć zwiedzanie. Zapewne jeśli będziecie mieli wypożyczone auto będzie Was kusiło aby w nie wsiąść i po prostu pojechać do Barcelony jednak nie warto… po pierwsze korki i czas dojazdu zepsują Wam całą radość podróży po drugie podróż pociągiem wychodzi o wiele taniej jeśli weźmiecie pod uwagę koszta w miarę drogich parkingów w Barcelonie. Plac Kataloński przy którym wysiadaliśmy jest jednym z częściej odwiedzanych miejsc przez turystów – to tutaj zaczyna się najsłynniejszy deptak miasta – La Rambla. W moich planach zobaczenia Barcelony to właśnie to miejsce stanowiło numer 1. I to wcale nie z powodu artystów, pięknego szpaleru drzew który okala ulicę, klimatu starego miasta i barcelońskiej bohemy. To właśnie Pysz La Rambli znajduje się najsłynniejszy w Barcelonie targ – La Boqueria. Miejsce pełne smakowitych świeżych owoców z których część możecie spróbować bezpośrednio na miejscu – na wielu stoiskach przygotowywane są gotowe zestawy owocowych sałatek oraz świeżo wyciskane soki. Do tego dochodzi ogromny wybór hiszpańskich wędlin, serów i owoców morza. Cukiernie oraz piekarnie również mają swoje zakątki, a jeśli naprawdę zgłodniejecie czeka tu na Was kilka barów serwujących wyśmienite tapas. Nic dziwnego, że La Boqueria pochłonęła dużą cześć naszego czasu.

Prosto z targu ruszyliśmy dalej wzdłuż La Rambli w kierunku portu. W pełni nastawieni na spotkanie repliki statku którym Kolumb dopłynął do wybrzeży Ameryki zostaliśmy rozczarowani. Statku w porcie nie było… Na szczęście pozostały palmy oraz kilka innych ciekawych statków. Droga powrotna zajęła nam o wiele mniej czasu mimo iż staraliśmy się również zahaczyć o kilka odbiegających od La Rambli uliczek, które wchodzą w skład gotyckiej dzielnicy Barcelony. Pomimo wcale nie tak długiej drogi, zmęczenie dawało się nam we znaki. Jednak 30 stopniowy upał w mieście potrafi wymęczyć człowieka. Zdecydowaliśmy, że zakończymy naszą wyprawę oglądając katedrę Sagrada Familia, której nie będę Wam opisywać ponieważ nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia. Tłumy turystów zalewając każdy centymetr kwadratowy okolicznych chodników, ulic i placów nie są tym co tygryski lubią najbardziej. Jeśli uda nam się wrócić do Barcelony z pewnością zamiast katedry wybiorę Park Guell wypełniony dziełami Gaudiego jednak zapewne dający o wiele więcej przyjemności ze spaceru w cieniu jego drzew.

Wycieczki jednak jak przyjemne by nie były bywają również męczące. Ostatniego dnia pobytu wybraliśmy się więc do Aquaparku. Water World to podobno jeden z największych w Europie tego typu obiektów. Spora ilość zjeżdżalni wodnych, atrakcji dla dzieci i basenów przyciąga do tego miejsca tłumy ludzi. Nic dziwnego, że nawet we wrześniu kolejki do niektórych atrakcji były ogromne. Mi najbardziej podobały się zjeżdżalnie z pontonami. Pomimo iż kilka razy piszczałam, ta dawka emocji była przydatna.


Niestety wszystko co dobre, kiedyś się kończy. Ja już nie mogę się doczekać kolejnej podróży do Hiszpanii – zostało tam tyle do zobaczenia i spróbowania, że nie sposób się oprzeć kolejnej wycieczce!

 

Do napisania!

wtorek, 30 sierpnia 2011
Film z Irlandią w tle: Leap Year / Oświadczyny po irlandzku, Irlandia/USA 2010

Witajcie!

W ramach kontynuacji cyklu filmowego zapraszam Was na komedię romantyczną w której pierwszoplanową rolę grają irlandzkie krajobrazy i historie.

Źródło: http://cinemaromantico.blogspot.com/2010/05/leap-year.html

Leap Year (Oświadczyny po irlandzku) to zabawna komedia romantyczna opierająca się na pewnym irlandzkim zwyczaju według którego 1 raz na 4 lata czyli 29 lutego,  na Zielonej Wyspie kobieta może oświadczyć się mężczyźnie,a ten musi powiedzieć tak. No tak, więc cóż w tym dziwnego zapytacie? Niestety bohaterka filmu łatwo nie ma - lecąc do swojego narzeczonego, który aktualnie przebywa na zlocie kardiochirurgów w Dublinie z zamiarem postawienia mu wiadomego pytania napotyka pewien problem i ląduje w...Anglii. Udaje się jej na szczęście wynająć łódź która dotransportowuje ją na irlandzkie wybrzeże, warto dodać dziwnym zbiegiem okoliczności jest to zachodnie irlandzkie wybrzeże ( zarówno Dublin jak i Anglia znajdują się od wschodu).

Moim zdaniem film jest wart obejrzenia, nawet jeśli komedii romantycznych nie lubicie, bo ostatecznie typową komedią romantyczną on nie jest... Przecież główni bohaterowie z jednej strony pałają do siebie otwartym znielubieniem a z drugiej patrzą przymrużonym okiem na rozpieszczoną amerykankę i irlandzkiego gbura. Jak więc taka para może się w sobie zakochać? Może więc gbur ma jednak odrobinę serca a amerykanka nie jest do końca rozpieszczona? Dodajecie do tego magię Irlandii w pełnej krasie - cóż - romans gotowy ;)

Film był kręcony między innymi w:

  • Wyspy Aran
  • Glendalough
  • Ruiny zamku Rock of Dunamase
  • Dublin: Temple Bar, Dublin Gregoriański
  • Wicklow Gap
  • Sally Gap
  • Ulica Olaf, Wexford
  • Poppies w Enniskerry
  • Okolice Galway i hrabstwa Mayo

 

Do napisania!

 

Tagi: film
16:11, od-kuchni , Film
Link Komentarze (5) »
piątek, 26 sierpnia 2011
Zamek Narrow Water

Witajcie!

Kolejnym zamkiem jaki odwiedziliśmy podczas przejazdu przez Hrabstwo Down, był zamek Narrow Water. Wybudowany w strategicznym punkcie - pozwalał na strzeżenie brzegu zarówno przed potencjalnymi zagrożeniami od strony morskiej zatoki Carlingford jak i zapobiegał przedostawaniu się ich w górę rzeki Newry, w głąb wyspy.


Wyświetl większą mapę

Naszym największym zaskoczeniem był fakt iż zamki Narrow Water są właściwie 2... Jeden z nich to przykład XVI budowli obronnej o prostym kształcie, do której bardzo łatwo trafić. Obronny zamek  Narrow Water został wybudowany w roku 1568 roku w miejscy gdzie najprawdopodobniej wcześniej stała już jakaś obronna budowla. Budowa tego zamku pochłonęła astronomiczną kwotę 361 funtów 4 szylingów i 2 pensów. Jednak pamiętajmy, że były to inne czasy i pieniądze miały zupełnie inną wartość...

Zwiedzanie zamku Narrow Water nie pozwoli wam na zapoznanie się z pięknem mebli i kunsztownymi dziełami sztuki. Wręcz przeciwnie - mury zamku mimo iż świetnie zachowane są puste. Żadnych ław, gobelinów, dywanów... Jedynie wąskie okienko ukazuje piękno pobliskiej okolicy...

Pomimo piękna okolicy wnętrze zamku jest lekko przytłaczające. Kto wie, może ma z tym związek legenda która mówi, iż pewnego razu  trzymana w wieży wbrew swojej woli młoda dziewczyna imieniem Lassara usłyszała wołanie swojego ukochanego. Nie mogąc wydostać się z wieży w inny sposób rzuciła się z okna i umarła uderzając o skały...

Zupełnym przeciwieństwem tego zamku jest wybudowana w roku 1836 przez rodzinę Hall, rezydencja w stylu wiktoriańskim. Piękne ogrody i otoczenie zamku zapewniają klimat który przyciąga - nic dziwnego, że aktualny potomek rodziny Hall mieszkający w zamku zdecydował się na urządzanie w nim wesel oraz innych uroczystości.

Do napisania!

Tagi: zabytki
17:19, od-kuchni , Zabytki
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6