czwartek, 23 lutego 2012
Półwysep Hook

Witajcie!

Jakiś czas temu wybraliśmy się na południe Irlandii, jednym z celów podróży był malowniczy półwysep Hook. Nie wystraszyły nas wiejące zimowe wiatry, Zielona Wyspa jest przecież piękna o każdej porze roku.

Wyświetl większą mapę

Położony około 50 kilometrów na południe od Wexford przylądek Hook Head przyciąga turystów nie tylko pięknymi widokami. To właśnie na jego końcu jest położona najstarsza w Irlandii i jedna z najstarszych na świecie wciąż działająca latarnia morska. Miejsce na budowę latarni nie zostało wybrane wcale przypadkowo. Począwszy od Świętego Dubhana, który już w 5 wieku zaczął w tym miejscu palić ognień aby ułatwić marynarzom żeglowanie, poprzez mnichów latami kontynuujących jego dzieło, aż do Normanów, którzy na początku XII wieku zdecydowali się wybudować w tym miejscu latarnię.

Stara latarnia otoczona szalejącym Morzem Irlandzkim zapewni chwile rozrywki nie tylko miłośnikom starych budynków. Okolice Półwyspu Hook są bowiem siedliskiem wielu zwierząt. Jeśli macie szczęście możecie trawić na przepływającą tamtędy wesołą gromadę delfinów lub wieloryba.

Pełna skał i podwodnych jaskiń okolica Hook Head jest niezwykle malownicza. Czasem wzburzone morze potrafi ukazać tu swoją prawdziwą naturę. Podczas naszej wizyty na przylądku Hook Head można było zaobserwować morską pianę tak zbitą i sztywną, że przy silniejszych podmuchach wiatru unosiła się znad skał i fruwała w powietrzu.

Jeśli już zdecydujecie się na odwiedzenie półwyspu, warto przejechać się także widokową trasą prowadzącą dokoła całego półwyspu. Pełna jest uroczych widoków, niedostępnych plaż, starych zamków i zieleni. Chociaż to ostatnie w Irlandii, możecie spotkać akurat wszędzie!

Pozdrawiamy!
Ogr i Osiołek

Tagi: Podóże
16:48, od-kuchni , Podróże
Link Komentarze (5) »
czwartek, 10 listopada 2011
Przełęcz Sally Gap

Witajcie!

Nie umarliśmy, nie zmieniliśmy miejsca zamieszkania, nawet szczerze mówiąc niewiele się zmieniło... No może poza faktem iż ostatnio doskwiera boleśnie chroniczny brak czasu, co niestety bezpośrednio przekłada się na częstotliwość pisania - częstotliwość zwiedzania Zielonej Wyspy została na szczęście taka sama!

Sally Gap to jedna z bardziej znanych przełęczy w pięknych górach Wicklow. Wybieramy się na nią zawsze gdy tylko pogoda okazuje się na tyle brzydka, że ciężko zwiedzać coś innego niż mgliste i deszczowe - czyli urocze - góry zza szyby ciepłego auta. Bo kochani Sally Gap jest przełęczą, która właśnie zmotoryzowanych podróżników zainteresuje najbardziej.


Wyświetl większą mapę

Wywodząca swą nazwę od „Saddle Gap” co w wolnym tłumaczeniu oznacza "Przełęcz w Siodle" (Osiodłana Przełęcz ;) ) jest jednocześnie miejscem najwyżej położonego skrzyżowania dróg publicznych w Irlandii. Często spowita mgłą, smagana silnym wiatrem i deszczem nieustannie nas przyciąga i zachwyca bezdrzewnymi, wrzosowymi pagórkami Wicklow oraz hasającymi swobodnie owcami.

Wybierając się na Sally Gap najlepiej kierować się z Dublina w stronę M50, a następnie na N/M 11 i stamtąd odbić na prowadzącą do Glendalough drogę R755. Niedaleko przed dojechaniem do Roundwood odbić w drogę R759, która prowadzi na samą przełęcz. Po drodze na pewno spodobają się Wam zakręty na typowych irlandzkich drogach nad przepaścią. Nie zapomnijcie również zatrzymać się nad Jeziorem Guinnessa :). Sally Gap nietrudno przegapić...

Jeśli już zatrzymacie się aby podziwiać widoki na przełęczy uważajcie aby nie skrzywdzić żadnych elfów oraz wróżek, które podobno czasem zmieniają się we wszędobylskie owce. Z czasem jednak warto ruszyć w dalszą drogę - polecamy szczególnie tak zwaną Military Road, czyli drogę R115. Prowadząca z Rathfarnham, przez Sally Gap aż do Laragh droga budowana przez żołnierzy w roku 1800, jeszcze w czasach gdy Irlandią rządzili Anglicy, oprócz malowniczych widoków zapewnia nocą również niecodzienne doznania. Mianowicie podobno na drodze straszy... Relacje świadków mówią o tym iż czasem nocą można usłyszeć tu maszerujących żołnierzy...

 

Pozdrawiamy!

Tagi: podróże
21:56, od-kuchni , Podróże
Link Komentarze (4) »
niedziela, 02 października 2011
Zamek Dromagh

Witajcie!

Częstym widokiem w Irlandii bywają zamki pozostawione same sobie, porzucone gdzieś w polu, zapomniane. Zamek Dromagh niczym by się w tym względzie nie wyróżniał, gdyby nie fakt iż dosłownie 150 metrów od ruin tego XVI wiecznego zamku znajduje się całkiem przytulny Bed&Breakfast prowadzony przez rodzinę która w okolicach roku 1950 kupiła ruiny razem z otaczającymi je terenami...


Wyświetl większą mapę

W zasadzie trafiliśmy tam przez przypadek... Byliśmy akurat w połowie drogi na mój ukochany półwysep Dingle, podążając za wyznaczonymi wcześniej na mapie punktami, gdy jeden z punktów okazał się być kawałkiem lasu... No przecież miał być tu zamek. Na szczęście spotkaliśmy na naszej drodze spacerującą mieszkankę z okolicy która poinformowała nas, że zamek oczywiście jest, a nawet są dwa... Na dwa niestety nie mieliśmy czasu, więc skończyło się na tym położonym bliżej. Gdy dojechaliśmy na miejsce, na początku byłam święcie przekonana, że snów zabłądziliśmy - zadbane podwórko po którym kręcił się mały piesek i jeżdżący swoim rowerkiem szkrab. Do tego dwóch panów siedzących na schodach. Zdecydowanie nie wyglądało mi to na okolice ruin... Na szczęście za chwilę zza krzaków wynurzyły się potężne kamienne wieże, które to po uprzedniej rozmowie z właścicielami obejrzeliśmy.

Zamek nawet teraz, niezadbany, pozbawiony całego swego uroku wygląda majestatycznie. Cztery okrągłe wieże połączone grubymi kamiennymi murami, zamykały przestronny dziedziniec. Dziś w starej warowni rodziny O'Keffees aktualni właściciele trzymają wszystko to co już nie jest im potrzebne, jednak przez pewien czas po zakupie posiadłości mieszkali w tych murach.

Z zamkiem, jak to z zamkami bywa wiąże się też pewna legenda. Wieść niesie, że rodzina O'Keffee w obawie o resztki swojego majątku, podczas oblężenia zamku przez wojska Cromwella wrzuciła pozostałą część swoich kosztowności do jednej ze studni na podwórzu. Jednak jak to z legendami bywa, ta również nigdy nie uzyskała potwierdzenia, a złota nigdy nie odnaleziono...

Pozdrawiamy!

wtorek, 20 września 2011
Przerywnik wakacyjny : Hiszpania

Witajcie!

Wyjazdu na Costa Brava nie mogłam doczekać się z kilku powodów. Po pierwsze lat w Irlandii w tym roku nie popisało się, a moje kości błagały o wygrzanie, po drugie wiedziałam że czai się tam mnóstwo inspiracji kulinarnych . No i wreszcie po trzecie jak można oprzeć się kilku dniom w ciepłym miejscu bez żadnych obowiązków? Tak więc nie można…

Mimo iż podróż rozpoczęła się męczącym oczekiwaniem na opóźniony samolot, temperatura jaką zastaliśmy w Hiszpanii znacząco poprawiła nam humory. Sporo po północy termometr wypożyczonego auta którym właśnie ruszaliśmy z parkingu niedaleko lotniska El Prat pokazywał 26 stopni. Do Lloret de Mar dojechaliśmy około godziny drugiej w nocy, jednak pomimo faktu iż był wrześniowy poniedziałek na ulicach miasteczka było gwarno i tłoczno. Lloret wręcz słynie z dyskotek oraz pubów. Jednak nie dla nich tu przyjechaliśmy. Miasteczko jest też doskonałą bazą wypadową nad ciepłe Morze Śródziemne, do okolicznych uroczych i o wiele spokojniejszych miasteczek, Barcelony czy też miejsc położonych bardziej w głębi lądu.

Pierwszego dnia odrobinę zmęczeni po mało przespanej nocy postawiliśmy na nie ruszanie się zbyt daleko od Lloret. Szybkie zakupy pozwoliły nam na lekką poprawę humoru. Przyzwyczajeni do Irlandzkich cen z radością zapłaciliśmy rachunek i mogliśmy już z czystym sumieniem iść na spacer. Plaże pełne turystów nie są moją ulubioną wizją spędzania wakacji, dlatego cieszę się iż do Lloret nie trafiliśmy w sezonie a we wrześniu. Poza liczbą osób chętnych na słoneczne promienie plaża miała kilka minusów – żwirek, który odbierał całą przyjemność ze spaceru oraz duży spad morza – wystarczyło kilka kroków i znikałeś pod wodą. Jednak nawet te rzeczy nie potrafiły zmazać uśmiechu z mojej twarzy wywołanego dostępem do słońca, palmami i pyszną Sangrią. Tej nocy Lloret również nie zasnęło, w przeciwieństwie do nas…

Poranek przyszedł do nas późno, była już prawie 11 gdy wsiadaliśmy do auta aby nareszcie odhaczyć kilka punktów na naszej liście. Jako pierwszy za cel naszej podróży obraliśmy Klasztor Montserrat. Już podjeżdżając pod „przepiłowaną górę” czyli Montserrat nie mogliśmy się na nią napatrzeć. Góra z daleka przypomina szare, nierówne skalne obeliski ustawione jeden obok drugiego. Jest wprost fascynująca. Nic dziwnego, że została uznana, za dzieło sił boskich i przeznaczona jako miejsce Świętne od niepamiętnych czasów. Podobno już w 50 roku Św. Piotr ustawił tu figurkę Matki Boskiej, którą szczęśliwie udało odnaleźć się około roku 880. Przekazy historyczne podają iż około roku 976 została tu zaczęta budowa klasztoru, który w 1409 roku był tak potężny iż uniezależnił się od Watykanu. Obecny klasztor jednak jest o wiele bardziej „nowoczesny” bo wybudowany 1874 roku po tym jak na początku XIX wieku poprzedni stojący tu budynek został zniszczony przez wojska Napoleona. Jeśli o mnie chodzi to w Montserrat najbardziej podobały mi się… widoki ze skał. Momentami prawie pionowe skały góry pozwalają na spojrzenie w przepaść, gdzie wije się rzeka.

Gdy już napatrzyliśmy się na widoki postanowiliśmy ruszyć dalej. Pora zobaczyć Hiszpańskie wulkany! Park Narodowy Garrotxa nie przypomina niczym krajobrazu widzianego do tej pory po drodze. Mieszczące się na 130 km2 około 40 wulkanicznych stożków aktualnie wyglądającymi na pokryte pięknie zielonym lasem wzgórza. Jednak nie zawsze tak było. To właśnie dzięki erupcjom wulkanicznym ziemia w tym miejscu jest tak żyzna. Co prawda ostatnia erupcja miała miejsce około 11 000 lat temu jednak nie znaczy to iż aktywność sejsmiczna w tym miejscu wygasła. Ostatnie trzęsienie ziemi miało miejsce w 1428 roku. W jego wyniku zostało zawalonych wiele budynków w okolicy a 20 osób w Barcelonie poniosło śmierć. Nam niestety nie udało się zobaczyć wulkanicznych stożków z góry ani pięknych wodospadów jakie występują w tej okolicy. Aby dokładnie zwiedzić Park Narodowy Garrotxa trzeba by poświęcić nie kilka godzin, a kilka dni których niestety nie mieliśmy. Udało nam się jednak zwiedzić cudowne miasteczko. Santa Pau to leżące w samym centrum wulkanicznego parku miasteczko z średniowiecznym duchem. Centrum miasteczka to budynki z XIV i XV wieku, łącznie ze zbudowanym na planie kwadratu zamkiem. Piękne widoki na okoliczne pola i wulkany roztaczają się z wielu miejsc na murach miasta. Małe jaszczurki biegające pod nogami tylko dodają uroku. Santa Pau gorąco polecam wszystkim szukającym odrobiny wytchnienia oraz inspiracji płynących wprost z minionych czasów. Z Santa Pau ruszyliśmy wprost do jeszcze bardziej średniowiecznej okolicy…

Besalu to miasteczko położone około 50 kilometrów od Lloret de Mar warto zobaczyć z kilku względów. Po pierwsze – nie ma w nim tłumów, a po drugie jego w dużej mierze niezniszczona średniowieczna zabudowa, włącznie z pochodzącym z XII wieku charakterystycznym mostem robi ogromne wrażenie. Klimat miasta sprawia, że czasem masz wrażenie iż za następnym zakrętem spotkasz posłańca pędzącego konno do zamku po którego dziedzińcu spacerują ubrane w obszerne suknie młode dwórki i dzielni rycerze. Jeśli jednak nie chcecie wyobrażać sobie takiego właśnie Besalu a zobaczyć jak wyglądało tu Zycie w średniowieczu na własne oczy musicie wybrać się do miasteczka w pierwszy weekend sierpnia – właśnie w tym terminie na ulicach Besalu odbywa się festiwal średniowiecza zapewniający rozrywkę wszystkim miłośnikom dawnych czasów. Dzień niestety nie może trwać wiecznie i musieliśmy Besalu opuścić, na szczęście już następnego dnia czekała na mnie upragniona Barcelona…

Do Barcelony najlepiej Lloret i okolicznych miasteczek najlepiej wybrać się pociągiem. Kursuje on co 20 minut z miasteczka Blanes i dojeżdża na sam Plac Kataloński oraz w kilka innych interesujących punktów od których możecie zacząć zwiedzanie. Zapewne jeśli będziecie mieli wypożyczone auto będzie Was kusiło aby w nie wsiąść i po prostu pojechać do Barcelony jednak nie warto… po pierwsze korki i czas dojazdu zepsują Wam całą radość podróży po drugie podróż pociągiem wychodzi o wiele taniej jeśli weźmiecie pod uwagę koszta w miarę drogich parkingów w Barcelonie. Plac Kataloński przy którym wysiadaliśmy jest jednym z częściej odwiedzanych miejsc przez turystów – to tutaj zaczyna się najsłynniejszy deptak miasta – La Rambla. W moich planach zobaczenia Barcelony to właśnie to miejsce stanowiło numer 1. I to wcale nie z powodu artystów, pięknego szpaleru drzew który okala ulicę, klimatu starego miasta i barcelońskiej bohemy. To właśnie Pysz La Rambli znajduje się najsłynniejszy w Barcelonie targ – La Boqueria. Miejsce pełne smakowitych świeżych owoców z których część możecie spróbować bezpośrednio na miejscu – na wielu stoiskach przygotowywane są gotowe zestawy owocowych sałatek oraz świeżo wyciskane soki. Do tego dochodzi ogromny wybór hiszpańskich wędlin, serów i owoców morza. Cukiernie oraz piekarnie również mają swoje zakątki, a jeśli naprawdę zgłodniejecie czeka tu na Was kilka barów serwujących wyśmienite tapas. Nic dziwnego, że La Boqueria pochłonęła dużą cześć naszego czasu.

Prosto z targu ruszyliśmy dalej wzdłuż La Rambli w kierunku portu. W pełni nastawieni na spotkanie repliki statku którym Kolumb dopłynął do wybrzeży Ameryki zostaliśmy rozczarowani. Statku w porcie nie było… Na szczęście pozostały palmy oraz kilka innych ciekawych statków. Droga powrotna zajęła nam o wiele mniej czasu mimo iż staraliśmy się również zahaczyć o kilka odbiegających od La Rambli uliczek, które wchodzą w skład gotyckiej dzielnicy Barcelony. Pomimo wcale nie tak długiej drogi, zmęczenie dawało się nam we znaki. Jednak 30 stopniowy upał w mieście potrafi wymęczyć człowieka. Zdecydowaliśmy, że zakończymy naszą wyprawę oglądając katedrę Sagrada Familia, której nie będę Wam opisywać ponieważ nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia. Tłumy turystów zalewając każdy centymetr kwadratowy okolicznych chodników, ulic i placów nie są tym co tygryski lubią najbardziej. Jeśli uda nam się wrócić do Barcelony z pewnością zamiast katedry wybiorę Park Guell wypełniony dziełami Gaudiego jednak zapewne dający o wiele więcej przyjemności ze spaceru w cieniu jego drzew.

Wycieczki jednak jak przyjemne by nie były bywają również męczące. Ostatniego dnia pobytu wybraliśmy się więc do Aquaparku. Water World to podobno jeden z największych w Europie tego typu obiektów. Spora ilość zjeżdżalni wodnych, atrakcji dla dzieci i basenów przyciąga do tego miejsca tłumy ludzi. Nic dziwnego, że nawet we wrześniu kolejki do niektórych atrakcji były ogromne. Mi najbardziej podobały się zjeżdżalnie z pontonami. Pomimo iż kilka razy piszczałam, ta dawka emocji była przydatna.


Niestety wszystko co dobre, kiedyś się kończy. Ja już nie mogę się doczekać kolejnej podróży do Hiszpanii – zostało tam tyle do zobaczenia i spróbowania, że nie sposób się oprzeć kolejnej wycieczce!

 

Do napisania!

środa, 17 sierpnia 2011
Dolmen Kilfeaghan

Witajcie!

Dziś zapraszam Was ponownie do hrabstwa Down. Kolejny, grób portalowym jaki postanowiliśmy zobaczyć jest dolmen Kilfeaghan. Znajduje się on niedaleko zatoki Carlingford, podobnie jak opisany niedawno zamek Greencastle.


Wyświetl większą mapę

Aby dotrzeć do Dolmenu, musicie zatrzymać się niedaleko widocznego na zdjęciu znaku a następnie przejść przez gospodarstwo i łąkę. Na szczęście ścieżka prowadząca do grobowca jest widoczna a psy właściciela bezpiecznie schowane za siatką.

Dolmen Kilfeaghan liczy sobie około 4500 lat więc nie jest to aż taki dolmenowy staruszek. Warto wiedzieć iż kamień nakrywający tego dolmenu jest zaliczany do jednych z najcięższych w Irlandii i waży około 35 ton. Dolmen oczywiście był portalem do pozostałej części grobowca po której aktualnie pozostały jedynie rozsypane kamienie...

Dolmen pomimo iż położony na płaskim polu jest otoczony przepięknymi widokami. Dookoła otacza go pierścień górski, a zza dolmenu nieśmiało wychyla się leżąca 1,5km dalej zatoka.

Pozdrawiamy!

poniedziałek, 01 sierpnia 2011
Dolmen Ballykeel

Witajcie!

Dziś zapraszam Was na wirtualne zwiedzanie grobowca portalowego Ballykeel położonego w hrabstwie Armagh. Dolmen ten jest datowany na okres pomiędzy 4000 a 2500 lat p.n.e. 


Wyświetl większą mapę

Zwany również "Wiedźmim krzesłem" stoi na południowym końcu nieistniejącego już kopca kamieni. Większości z nich już nie ma jednak cześć pozostała i wyznacza linie końca majestatycznego kiedyś grobowca.

Wykopaliska prowadzone w 1963 roku w okolicy dolmenu pozwoliły na odkrycie pozostałości naczyń ceramicznych oraz kilku krzemiennych narzędzi.

Kiedyś, gdy nie było tu zabudowań dolmen musiał robić wrażenie. Położony na niedużym wzgórzu w otoczeniu gór. Posiadający całkiem spory kamień górny stojący na trzech wspierających go cienkich kamieniach. Tak jak już pisałam wcześniej dolmeny są magiczne...

Do napisania!

czwartek, 14 lipca 2011
Zalew Poulaphouca

Kochani!

Dziś zabieramy Was na wycieczkę nad kolejny zalew. Znajdujący się niedaleko Dublina, około 30 kilometrów w kierunku południowym zalew Poulaphouca jest położony w bardzo przyjemnym otoczeniu gór Wicklow. Założony w latach 1930-1940 na rzece Liffey jako kolejny zbiornik mający zaopatrywać w wodę mieszkańców Dublina.


Wyświetl większą mapę

Na pewno teraz zastanawiacie się skąd wzięła się ta dziwna nazwa zbiornika, a ja powiem Wam, że nie jesteście pierwszymi :). Poulaphouca oznacza tyle, co Jama Goblina, tak więc i tutaj Irlandzki folklor miał bardzo duży wpływ na nazewnictwo. Na szczęście istnieje również łatwiejsza do zapamiętania nazwa tego miejsca - Jeziora Blessington - nazwa zapożyczona od miasteczka, przy którym zbiornik się znajduje.

Z daleka zalew kusi pięknym kolorem wody i jasnymi plażami. To jak na jezioro bardzo niecodzienny widok na zielonej wyspie. Niestety dotarcie do jednej z plaż rozwiewa wszelakie nadzieje - woda jest tu klasycznie brunatna a dno typowo kamieniste.

Jednak nie zraża to spotkanych nad jeziorem ludzi. Nieczęsto zdarza nam się nad jeziorem w Irlandii spotkać rybaków lub entuzjastów grilla i opalania. Tutaj nam się to udało. Widocznie nie taka straszna ta Jama Goblina jak ją malują...


Oczywiście dla mnie nie było by wycieczki gdybym na swojej drodze nie spotkała przyjemnie wyglądającego Osiołka :)

Do napisania!

poniedziałek, 11 lipca 2011
Brownshill Dolmen

Witajcie!

Dziś chciałabym przedstawić Wam kolejny fragment starożytnej, kamienistej Irlandii. Grobowców portalowych, czy też, jak kto woli dolmenów jest tutaj sporo i każdy jest na swój sposób uroczy. O ile oczywiście o kupce kamieni, leżącej najczęściej gdzieś pośrodku pola, na którym diabeł mówi dobranoc można powiedzieć: "jesteś urocza". Okazuje się, że można...


Wyświetl większą mapę

Grobowiec portalowy Brownshill znajduje się niedaleko Carlow i jest ciekawym okazem nawet na skalę europejską. Mianowicie głaz, który przykrywa całą konstrukcję waży około 150 ton i jest najcięższym głazem nakrywającym dolmen w całej Europie.

Jego powstanie jest datowane na 4000-3000 lat przed naszą erą. Mimo to trzyma się całkiem nieźle. Znany również jako Kernanstown Dolmen nigdy nie został rozkopany i zbadany dokładnie przez archeologów. Jednak zapewne jak w innych tego typu miejsca zapewne w czasie wykopalisk odnaleziono by ślady pochówku, ceramiczne naczynia, ozdoby oraz inne grobowe artefakty.

Atmosfera panująca wokół takich miejsc jest wciągająca. Mogę Was zapewnić, że jeśli zobaczycie swój pierwszy Dolmen, szybko zaczniecie szukać następnych. Będziecie zastanawiać się w jaki sposób 5 tysięcy lat przez naszą erą ludzie byli w stanie zbudować tak imponujące grobowce. Czy służyły do czegoś innego poza rytualnymi pochówkami i skąd starożytni mieszkańcy naszej planety czerpali inspirację.

Widziane w pełnym słońcu, wieczorem, nocą, w czasie deszczu czy porywistego wiatru próbują opowiedzieć nam swoją historię. Pytanie czy potrafimy ich słuchać?

Pozdrawiamy,
Ogr i Osiołek!

Tagi: podróże
19:37, od-kuchni , Podróże
Link Komentarze (6) »
sobota, 02 lipca 2011
Ballymacdermot - kamienny grobowiec

Witajcie :)

Długo nas tu nie było z powodów różnych. Jednym z nich była strasznie męcząca aczkolwiek przyjemna wizyta w Polsce. Jednak nie o Polsce będę pisać - bynajmniej nie dziś... Dziś zapraszam Was na wycieczkę do naszego pierwszego kamiennego kręgu. Krąg odwiedziliśmy przypadkiem i przypadkiem go też znaleźliśmy. Ustalając trasę zobaczyłam zdjęcie kręgu na Maps Google - niestety zdjęcie było przesunięte tak, że GPS podczas wycieczki punkt trasy wykrzyczał w szczerym polu. Na szczęście znak postawiony 500 metrów dalej skierował nas w odpowiednie miejsce. Poniżej zamieszczam mapę z poprawnie zamieszczonym punktem - tak gdyby ktoś chciał się wybrać i nie chciał błądzić :)


Wyświetl większą mapę

Kamienny grób Ballymacdermot jest położony w pięknym miejscu - połowy wzniesienia, przy wąskiej drodze z widokiem na wzgórza i doliny Hrabstwa Armagh.

Sam grobowiec jest datowany na 3500 a 5500 lat Przed Naszą Erą. Składa się z kamiennego kręgu - korytarza oraz trzech komnat pogrzebowych. Został on otwarty w 1816 roku przez lokalnego właściciela ziemskiego i wtedy też odnaleziono w komnatach pozostałości kilku kości.

Dziś w całości udostępniony do zwiedzania, zaprasza i oferuje atmosferę tej kamienistej i starej Irlandii.

Pozdrawiamy!
Ogr i Osiołek

poniedziałek, 20 czerwca 2011
Jezioro (pełne) Guinnessa

Kochani!

Mieszkanie w Irlandii ma sporo plusów. Jednym z nich jest możliwość zobaczenia jednego dnia różnych rodzajów krajobrazu. Począwszy od morskiego, poprzez górski skończywszy na zwykłym płaskim terenie przypominającym centralną Polskę. Dziś pokażę Wam trochę gór i wody - schowane wśród górskich szczytów, otoczone urwiskami i wrzosowiskiem Jezioro Guinnessa.


Wyświetl większą mapę

Z Dublina wyjeżdżamy dobrze znaną nam drogą N11 w kierunku Greystones, następnie odbijamy na drogę R755 prowadzącą do Glendalough i na wysokość Ashtown skręcamy w drogę R759 wiodącą do Sally Gap. Gdzieś pomiędzy górskimi szczytami i kolejnymi "wow" wyłaniają się zaparkowane przy drodze samochody. A więc my tez parkujemy i zmierzamy w kierunku wydeptanej na szczycie góry ścieżku prowadzącej w kierunku wielkich skał.

Po woli zza wzniesienia zaczynają wyłaniać się piękne widoki. Biegnąca zboczem góry droga, którą przyjechaliśmy, kolejne szczyty wzniesień Wicklow. Jest tu naprawdę pięknie. Zastanawiamy się dlaczego nie odkryliśmy tego miejsca wcześniej....

Jeszcze kilka kroków pod górkę. Spod nóg uciekają nam malutkie kamyczki i ciągle zastanawiamy się co nas czeka za kolejnym wzniesieniem. Na ten widok jednak nie byliśmy przygotowani - uśmiech na moje twarzy wyraża zachwyt tym niepokazywanym w przewodnikach miejscem. Tu jest po prostu pięknie!

Widoczne w dole jezioro Tay - zwane również jeziorem Gunnessa jest zachwycające. Ukryte pośrodku majestatycznych gór trochę przypomina mi Dolinę Pięciu Stawów... trochę. Jednak jezioro jest własnością prywatną - więc nie ma się co łudzić, że uda Wam się poleżeć na widocznym nad jeziorem białym piaskiem... Piasek zresztą też nie znalazł się tu naturalnie ;) Rodzina, której jezioro jest własnością przywiozła go tu w pewnym celu. Mianowicie jezioro widziane z góry przypomina kufel - pasek pozwolił na stworzenie na kuflu pianki - i tak oto powstał największy kufel słynnego irlandzkiego piwa ;)

Sláinte!
Ogr i Osiołek!

 
1 , 2 , 3